Sobota i niedziela to często nasze ulubione dni tygodnia. Można się zrelaksować i odpocząć, zaplanować kolejny tydzień lub spotkać się z tymi, dla których nie mamy czasu przez cały tydzień. Weekend czasem przemyśleń i odpoczynku, ale czy na pewno?
Ja akurat jestem tym szczęśliwcem (tak! dobrze napisałam!), który w sobotę pracuje. Nie za dużo, bo tylko kilka godzin ze Słuchaczami mojego kursu, a później kilka godzin w domu nad tekstami dla siebie i swoich klientów. Jednak ja akurat bardzo to lubię. I naprawdę nic mi nie dolega! Praca w sobotę wygląda zupełnie inaczej niż w inne dni tygodnia. Odczuwa się zupełnie inny rytm na ulicach (zdecydowanie mniej korków i mniej znerwicowanych kierowców!) oraz w sklepach (Ci znerwicowani z samochodów biegają z rozwianym włosem po sklepach). Dlatego akurat w weekend staram się nie robić zakupów by nie udzielił mi się szał robienia „zapasów jak na wojnę”.
Dla mnie mimo tego jednego dnia pracy weekend jest czasem przemyśleń i odpoczynku. Wtedy mam chwilę, aby usiąść na sekundę z książką, pójść nad staw do parku pokarmić kaczki lub wyjść na kawę do kawiarni (taki luksus robienia sobie małych przyjemności). Niestety ostatnio w sobotę musiałam wybrać się na zakupy. Ciśnienie podskoczyło, kawy mi już nie trzeba jak głosi jeden z ulubionych kabaretów i smutek w sercu. W połowie listopada już są Świąteczne oferty i wyprzedaże! Armagagedon! Jak mówi inna wielbiona przeze mnie grupa kabaretowa.
Kocham jesień a jeszcze bardziej zimę. Uwielbiam Święta i zaczynam „przygotowania” do nich już od 6 grudnia. Jednak to, co robią koledzy z branży tj. marketingowcy sprawia, że mam wrażenie, że chcą nam oni uprzykrzyć ten czas w roku. W tym już w październiku w jednej z niemieckich sieci marketów można było zaopatrzyć się w bożonarodzeniowe czekoladki i inne słodycze. W październiku! Jeszcze nie było 1 listopada a już kierują nasze myśli w stronę bałwanów i Mikołajów.
Socjologicznie rzecz biorąc to trochę taki strzał w kolano. Robią to, aby sprzedać więcej produktów kojarzonych z Bożym Narodzeniem. Jednak, jeśli sprzedają je już od października czy listopada to ludzie nakupią ich tyle, że zostanie im ich do następnych świąt i za rok już nie będą tak szaleć na zakupach. Gdzie jest w tym sens? Kolejne firmy ulegają temu powszechnemu pędowi i już od tygodnia puszczają świąteczne reklamy w telewizji. Ja na pewno nie kupię ich produktów przez ich natrętność. Z przekory. Kilka podobnych osób też się pewnie znajdzie. To chyba ta zasada niezadowolonego klienta, który pociągnie za sobą kolejne niezadowolone osoby, podczas gdy zadowolony przyciągnie może jedną. Czy nie warto się nad tym zastanowić?
Weekend to czas na herbatę z cytryną, miodem i imbirem pod ciepłym kocem. Czas dla rodziny i na spacer z ukochanym zwierzakiem. To w końcu czas na zaległą lekturę. I ponieważ właśnie zagotowała się woda idę realizować ten plan!
Udanego weekendu Kochani! I owocnych przemyśleń!