Sobota imieniny kota, a może jednak ulubiony dzień tygodnia? Większość woli piątki, bo w perspektywie dwa dni wolnego i wieczorne imprezy na mieście. Inni lubią poniedziałek, bo na przykład w ten dzień nie pracują. Ja mimo, że pracująca najbardziej lubię sobotę!
Cześć, jestem kobieta pracująca. W sobotę, jak za PRL. Dzień zaczyna się bardzo wcześnie jak dla mnie, bo zazwyczaj koło 7. Jak na sowę przystało spać chodzę raczej o 1 lub 2 w nocy (ostatnio nawet o 3, chyba mam wewnętrzne przestawianie czasu), więc wstawanie tak rano boli! Szybka herbatka i szybkie śniadanie, czasami uda się dorwać życiodajny płyn, czyli kawę.
I tu nie byłabym sobą, gdybym nie wtrąciła czegoś o ulubionym napoju. Jestem typowym kawoszem, więc czarny lub biały płyn przyjmuję w każdych ilościach i w każdej formie (wliczając w to kawowe ciasta, alkohol i cukierki), ale rano musi być tradycyjna parzona! Fusiasta i dość mocna, choć ostatnio zaczęłam łączyć ją z rozpuszczalną! Za to w ciągu dnia mogę smakować cappuccino, latte czy inne wiedeńskie. Rano to zastrzyk energii, aromat mocy i smak na pobudzenie, w ciągu dnia czysta rozkosz dla kubków smakowych!
Po porannej chwili dla siebie (bo jak już pisałam, to jest ważny element choćby było to tylko 10 minut!) trzeba dostać się do biura. Na szczęście teraz dojazd do pracy zajmuje mi jakieś 30- 35 minut, w sobotę nawet krócej. Zanim nie zdecydowałam się na radykalne kroki, jeśli chodzi o życie zawodowe dojazd do pracy zajmował mi ponad godzinę w jedną stronę. Takie marnotrawienie czasu! Choć to temat na inny wpis.
Od 9 praca. Czyli spotkania ze słuchaczami, trochę mądrzenia się i dużo wiedzy. Na szczęście biuro znajduje się w „zagłębiu sklepowym”, więc jest też szansa, że w lodówce będzie coś więcej niż tylko światło- czyli po pracy małe zakupy. Niestety/stety mam pod oknem również Pepco. A to jest bardzo groźne dla kieszeni 😉 Jest też całkiem pokaźny rynek, którego nie miałam okazji jeszcze odwiedzić. Jednak sądząc po tłumach kupujących musi być całkiem niezły.
Po zakupach równie szybki powrót do domu i to, co tygryski lubią najbardziej. Gotowanie obiadu, pieczenie ciasta, sprzątanie (no to już może mniej lubię, ale nie mam magicznej różdżki) i czas dla siebie. Od niedawna mam jedną zasadę, w weekend po pracy nie pracuję. Warto wprowadzić taką zasadę dla zdrowia psychicznego. Ponieważ mój weekend składa się aktualnie jedynie z niedzieli, zmieniłam trochę podejście i przeznaczam ten czas dla siebie. Ewentualnie dla bloga, ale to przecież nie praca tylko przyjemność.
Wcześniej w tygodniu pracowałam jako trener językowy a w weekendy przygotowywałam teksty dla klientów (copywriting). Nauczyłam się jednak tak rozplanować pracę w tygodniu, że jeden dzień mam po prostu na słodkie lenistwo. Teraz to przygotowania do świąt! Więc te dni są jeszcze milsze, chociaż jeszcze szybciej uciekają!
Dziś przy kubku zielonej herbaty z wiśnią, w otaczającym mnie aromacie wosku „chlebek bananowy z orzechami” czuję, że chce się żyć i uśmiech nie schodzi z twarzy. Tylko trzeba jeszcze dom nieco ogarnąć, bo niedługo utonę w stertach materiałów dla klientów, ale w takim nastroju minie to jak z bicza strzelił. A jeszcze z głośników płyną zimowe piosenki…. Czy ja już mówiłam, że lubię grudzień? Uwielbiam! Grudniowa sobota zawsze jest najciekawsza!
A Wy, jaki dzień tygodnia lubicie najbardziej?